bajki chińskie
bajkichinskie.blog.interia.pl
<< Kwiecień 2014
PonWtŚrCzwPiąSobNie
123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
282930
Księga gości
 
O mnie
bajkichinskie
Słówko o mnie
Zobacz mój profil
Statystyki
Liczba osób które odwiedziły mojego bloga:
 
5086
Liczba osób które skomentowały mojego bloga:
 
6
Liczba osób które wpisały sie do Ksiegi Gosci:
 
2
Archiwum
Rok 2014
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2013
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2012
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2007
Grudzień
Listopad
Notki
Bajka nr 4 2009-10-05


Puszczanie latawca

Mistrzu, od kiedy opuściłem ciebie i klasztor, nie jestem w stanie przezwyciężyć kłopotów – żalił się uczeń. Wydaje mi się, że we wszystkim mam pod górkę. Wszystko przychodzi mi dużo trudniej niż innym. Cały czas pod wiatr, a ten wiatr na dodatek sypie mi piaskiem w oczy. Bez przerwy mam kłody pod nogami. Mówiłeś nam, aby wyjść na swoją drogę życia, ale ja bez przerwy potykam się na niej. Wszystko sprzysięga się przeciwko mnie. Może powinienem wrócić do klasztoru? Może nie jestem gotowy?

- Jestem teraz bardzo zajęty – odparł mistrz – i nie mam specjalnie czasu, aby z tobą rozmawiać. Bardzo się spieszę, bo jest odpowiedni moment.

Mistrz był wyraźnie podekscytowany i krzątał się w pośpiechu po izbie, zbierając jakieś bambusowe patyki, rolując zwoje papieru i zwijając kłębek sznurka.

- Odpowiedni moment na co? – spytał uczeń.
- Na puszczanie latawca – z uśmiechem odparł mistrz. – Wieje mocny wiatr.

Uczeń był zaskoczony i rozczarowany. Jego mistrz idzie się beztrosko bawić, puszczać latawce, gdy on prosi o pomoc! Co za bezsens i głupota, a w dodatku lekceważy mnie.

- Chodź ze mną – powiedział mistrz. – To bardzo mądre i pouczające zajęcie – dodał, jakby odczytując myśli ucznia i dał mu ogromny kłębek sznurka do niesienia.

- Uważaj, nie poplącz i nie wypuść. – A sam wziął na plecy bambusy, papier i jeszcze jakieś elementy, które wydawały się uczniowi do niczego nieprzydatne.

Ociągając się uczeń ruszył za nim. Wyszli na wzniesienie. Mistrz rozrzucił bambusowe patyki i zaczął je starannie związywać według sobie tylko znanego porządku. Pewne części wsunął w otwory w papierze, coś dowiązał, coś przewiązał. Uczeń patrzył na to, jak na “czarną magię”. Nie widział celu, ani sensu w tym, co robi mistrz. Dla niego na ziemi cały czas leżała tylko kupa patyków i papieru. Mistrz dowiązał sznurek, cześć rozwinął i tę bezładną “kupę” ustawił pod wiatr.

- Gotowe. Stań tu, mocno trzymaj i powoli rozwijaj kłębek.

Wiatr, który rzeczywiście dął tęgo, uniósł misterną konstrukcję mistrza w powietrze. Uczeń trzymał sznurek i całą uwagę skupił na tym, żeby go nie wypuścić z ręki, podczas gdy wiatr szarpał gwałtownie.

- Patrz w górę! – krzyknął mistrz.

Uczeń spojrzał i zobaczył wspaniałego kolorowego, papierowego ptaka z długim ogonem, który majestatycznie szybował na tle przepięknych szczytów górskich. Widok był niesamowity.

- Zawsze patrz w górę, na szczyty. Ludzie nie potykają się o góry, ale o kretowiska. – uśmiechnął się ponownie. Czasami coś wydaje ci się bez sensu, niepotrzebne, do niczego nieprzydatne. Nie widzisz w tym celu. Ale potem nagle przyjdą odpowiednie warunki i wszystko nabiera sensu. Rozumiesz?

Uczeń zamyślił się: “A może puszczanie latawca nie jest do końca takim głupim zajęciem?” Z zamyślenia wyrwał go ostry głos mistrza.

- Dlaczego tak kurczowo trzymasz sznurek przy sobie? Dlaczego go więzisz? Pozwól mu się rozwinąć. Rozwijaj!

Latawiec wzbijał się wyżej, wyżej i wyżej, w miarę jak uczeń rozwijał sznurek. Dopiero, gdy był bardzo wysoko, prezentował się w całej swej krasie. Uczeń zrozumiał sens tej czynności i już był pewien, że puszczanie latawca może być źródłem wielu interesujących spostrzeżeń.

- Podoba ci się? – spytał mistrz.
- Tak, coś fantastycznego – szczerze odpowiedział uczeń, zapatrzony w niebo.
- A wiesz czemu latawce szybują tak wysoko? Bo napotykają silne przeciwne wiatry!

"Bajki Chińskie, czyli 108 opowieści dziwnej treści" Zbigniewa Królickiego





Bajka nr 3 2008-01-06



Prawdziwa wartość.

Przyszedłem do ciebie, mistrzu, bo mam ogromny osobisty problem. Czuję się tak mało dowartościowany, że wpadłem w depresję i nic mi się nie chce robić. Wszyscy mną pomiatają. Ciągle słyszę, że do niczego się nie nadaję, że nic mi dobrze nie wychodzi, że nic nie potrafię i jestem beznadziejny. Jak mam postępować, żeby to zmienić? Co mam zrobić, żeby ludzie mnie szanowali? – użalał się uczeń – Mówiłeś mi, że jestem zdolny i mądry, że będę „kimś”, ale to okazało się kłamstwem.
Mistrz był czymś wyraźnie zajęty i nie patrząc na niego, powiedział:
- Daj mi dzisiaj spokój, młodzieńcze. Jestem bardzo zajęty swoimi sprawami i nie mogę ci pomoc. Najpierw muszę dać sobie radę z własnym problemem.
- No, widzisz, ty też mnie ignorujesz – zauważył uczeń.
- Przyjdź może trochę później… - zastanowił się mistrz i dodał: – A może zechciałbyś mi pomóc? Mógłbym wtedy szybciej rozwiązać swój problem, i zająłbym się twoją sprawą
- Oczywiście, mistrzu – niepewnie odpowiedział młodzieniec obawiając się, że nie podoła zadaniu, a jednocześnie czując ponowne odrzucenie z powodu odsunięcia jego potrzeb na później.
- Mam do spłacenia dług. Do jutra muszę oddać jednego dukata – ciągnął dalej mistrz – a nie mam pieniędzy. To jest mój problem.
- Ja też nie mam i ci nie pożyczę – wtrącił szybko uczeń.
- No cóż, trudno. Ale możesz mi pomóc inaczej – powiedział mędrzec. Zdjął przy tym pierścień z małego palca lewej dłoni i podał go młodzieńcowi, mówiąc: - Weź konia ze stajni i pojedź na targ. Sprzedaj ten pierścień. Pamiętaj jednak, abyś wytargował za niego możliwie jak najwięcej, i nie zgadzaj się na cenę poniżej jednego dukata. Tyle tylko mam oddać. Jedź i szybko wracaj z pieniędzmi.
Młodzieniec wziął pierścień, wskoczył na konia i pojechał na targ. Sprawa była tak prosta, że dziwiło go, iż mistrz nie może sobie z tym poradzić.
Na targu od razu zaczął oferować pierścień przy pierwszym napotkanym straganie. Handlarz patrzył i słuchał z zainteresowaniem do momentu, gdy uczeń wymienił cenę. Wtedy machnął lekceważąco ręką i odesłał go dalej. Inni kupcy reagowali podobnie. Kiedy tylko dowiadywali się, że chce sprzedać pierścień za dukata, wybuchali śmiechem, a niektórzy odchodzili. Najwięcej, ile młodzieniec mógł uzyskać to dwadzieścia pięć miedziaków.
Pewien stary kupiec, zapewne z litości, był na tyle miły, że podjął się trudu wyjaśnienia mu, iż jeden dukat ma o wiele większą wartość niż jego pierścień. Ale kończąc swój wywód, też się uśmiechał. Ktoś inny chcąc mu pomóc, zaoferował jednego srebrnika i worek ryżu, jednak młodzieniec, pamiętając pouczenia mistrza, nie przyjął oferowanej zapłaty. W miarę upływu czasu był coraz bardziej załamany. Zadanie wydało się nie do wykonania.
Zaproponował kupno pierścienia chyba ponad stu kupcom, ale na nic. Przygnębiony i zupełnie załamany swoim niepowodzeniem wsiadł na konia i odjechał. Dużo by dał za to, aby móc ofiarować mistrzowi dukata i uwolnić go od jego zmartwienia. Wtedy mógłby otrzymać radę i pomoc dla siebie. Podjechał pod chatę i wszedł do środka.
Mistrzu – powiedział – przykro mi bardzo, ale nie zdołałem uzyskać za pierścień żądanej przez ciebie sumy. Odwiedziłem prawie stu handlarzy i kupców. Najwięcej co mi oferowano, nie przekraczało wartości dwóch czy trzech srebrników. Ale wiesz co? Stopniowo traciłem zapał i nie przekonywałem kupców wystarczająco dobrze. Przecież to nie jest uczciwe i wręcz niemoralne. Jak można kogoś oszukiwać i żądać tak dużo? Mówić, że pierścień jest wart więcej, żądać za niego całego dukata, skoro wszyscy uważają inaczej?
- To co powiedziałeś, jest bardzo mądre i bardzo ważne, młody przyjacielu – odparł mistrz, uśmiechając się. – Rzeczywiście, powinniśmy najpierw poznać prawdziwą wartość pierścienia. Wsiądź jeszcze raz na konia i pojedź do starego jubilera na końcu miasta. Nikt lepiej niż on nie wyceni pierścienia. Powiedz, że ja cię przysyłam i że chcę sprzedać ten pierścień. Zapytaj go, ile jest wart i ile ci może zapłacić. Ale nie zważaj na jego propozycję kupna. Wróć z powrotem z pierścieniem.
Młodzieniec, bardzo niechętnie wsiadł z powrotem na konia i pojechał. Stary jubiler starannie badał klejnot w świetle oliwnej lampy, patrzył na niego przez lupę, ważył pierścień na wadze i coś liczył na kartce papieru. Odłożył lupę i powiedział: - Młodzieńcze, powiedz mistrzowi, że jeśli zależy mu na tym, abym od razu kupił pierścień, to nie mogę dać mu więcej jak siedemdziesiąt osiem dukatów.
- Siedemdziesiąt osiem dukatów?! – wykrzyknął młodzieniec, nie mogąc opanować zdziwienia. Reakcję tę jubiler chyba źle odczytał, bo szybko dodał:
- Tak, wiem że to mało. Z czasem moglibyśmy znaleźć dobrego kupca i dostać za niego około dziewięćdziesięciu…  stu – poprawił się – dukatów. No, ale jeśli to pilne, to dzisiaj tylko tyle.
Młodzieniec był rozentuzjazmowany. Pędził na łeb na szyję do mistrza, by podzielić się z nim dobrą nowiną.
- Usiądź – powiedział spokojnie mistrz, wysłuchawszy go najpierw uważnie i ponownie nasuwając pierścień na mały palec lewej dłoni. – Ty również jesteś jak ten pierścień.


Zaczerpnięte z książki "Bajki Chińskie, czyli 108 opowieści dziwnej treści" Zbigniewa Królickiego


Jesteś skarbem, cennym klejnotem, jedynym w swoim rodzaju. Twoją wartość może oszacować tylko prawdziwy ekspert. Dlaczego wymagasz od życia, aby twą prawdziwą wartość odkrył obojętnie kto? Dlaczego budujesz własną wartość na podstawie opinii kogoś, kto się na tym nie zna? Pamiętaj, zawsze szukaj eksperta.



Do Siego Roku! 2007-12-31


Witajcie Wszyscy Tuwchodzący!

Jak co roku, nie bez straty, następuje zmiana daty.
Życzę, aby nowa data mogła zmienić tamte lata.
Szczęście, zdrowie i dostatek, to zaledwie jest zadatek.
Wszystko ma się spełnić w toku, w 2008 roku.
I niech dni słodziutko płyną, czego życzę wraz z rodziną.




Bajka nr 2 2007-12-25



Sens ciszy

W zwyczaju mnichów jest to, że często przebywają na pustkowiu, gdzie z dala od zgiełku i pokus świata poświęcają się modlitwie i medytacji. Któregoś dnia do takiej pustelni przybył zabłąkany wędrowiec i poprosił mnicha o łyk wody. Mnich zaprowadził go do dużej kamiennej stągwi, by ten ugasił pragnienie. Nieznajomy zaczerpnął kubkiem wody i napił się do syta. Pełen wdzięczności i nieco ośmielony zadał mnichowi pytanie.
– Powiedz mi, proszę, jaki sens ma życie w tej samotni? Po co to robisz?
– Popatrz na wodę - i gestem wskazał stągiew. – Co widzisz?
– Nic nie widzę - odparł.
Po krótkiej chwili ciszy mnich powtórzył gest i pytanie: – Co widzisz?
– Widzę samego siebie - odparł nieznajomy.
– I to jest odpowiedź na twoje pytanie - odrzekł mnich. – Gdy po raz pierwszy zajrzałeś do zbiornika, woda była wzburzona, bo przed chwilą zanurzyłeś w niej kubek. Nie zobaczyłeś niczego. Teraz jednak tafla wygładziła się i uspokoiła. W tym możesz poznać, jaki jest sens ciszy. Dzięki niej możesz ujrzeć samego siebie. A poznając siebie, poznasz najskrytsze tajemnice świata.
– Jak to możliwe? - zdziwił się wędrowiec.
– Gdy twój umysł będzie tak spokojny jak tafla wody w stągwi albo jak tafla jeziora o wschodzie słońca, wtedy najmniejsze źdźbło trawy, najmniejsza muszka go poruszy, wywołując ogromne koła. Gdy twój umysł będzie wzburzony jak fale oceanu, to wpaść może nawet dziesięciotonowy głaz, a go nie dostrzeżesz.



Zaczerpnięte z książki "Bajki Chińskie, czyli 108 opowieści dziwnej treści" Zbigniewa Królickiego




Niebawem 2007-12-20


Witajcie Wszyscy Tuwchodzący!

Jak to w mowie jest potocznej, nastała wiekopomna chwila...
Na Święta Narodzenia Pana przygotowuję Bajkę nr 2, zatem na dniach zamieszczę. Jest, jak widzę odwiedzialność tego bloga nawet nawet, zatem na dniach zamieszczę suuuuuuper bajkę!


Bajka nr 1 2007-12-01



Lekarz

Yung-sang uczył się od najwcześniejszej młodości i był obeznany z wszelką wiedzą. Był znakomity w sztuce medycznej. Znał się na nakłuciach, przypalaniach, cięciach. Nawet najbardziej złośliwe wrzody ustępowały pod jego ręką. Był też biegły w sztuce feng-shui; jak nikt inny potrafił znaleźć najlepsze miejsce pochówku dla przodka czy lokalizację domu do zamieszkania.
W czasie Wojny Królestw i wielkich zamieszek w kraju udał się w wysokie góry i zamieszkał w górskiej pustelni. Tam medytował, doskonalił ciało i ducha ćwicząc tai chi. Wrócił dopiero wtedy, gdy cesarzem został niezwykle okrutny i bezwzględny Chin Shi Huangdi, założyciel dynastii Cin.
Cesarz, znając jego rozległą wiedzę, zaprosił go do pałacu, postanowiwszy powierzyć mu wysoki urząd, ale Yung-Sang odmówił. Cesarz zaproponował mu wtedy stanowisko swojego osobistego doradcy. Yung-Sang zgodził się, ale postawił jeden warunek: będzie mógł swobodnie podróżować i zajmować się leczeniem ludzi. Cesarz nie chciał się zgodzić. Wtedy Yung-Sang opowiedział mu legendę o żółtym bocianie (patrz: Zbigniew Królicki – „Bajki chińskie” str.33). Cesarz się zgodził.
Yung-Sang nosił zawszę na palcu dziwny żelazny, wydrążony pierścień w którym obracała się metalowa kulka. Gdy szedł przez wioski i miasta potrząsał ręką i wszyscy wiedzieli kto idzie. Przyjmował wszystkich. Biednych i bogatych. Kiedy przychodził chory, uzdrawiał go od razu, na miejscu, nawet jeśli choroba była przewlekła i trwała od dawna. Jego sława była ogromna i obejmowała całe cesarstwo.
Pewnego dnia, gdy siedział nad brzegiem morza, fale wyrzuciły starego żółwia. Był tak stary, że nie miał siły z powrotem wejść do morza i niechybnie zginąłby na słońcu lub z rąk rybaków. Lekarz dał mu kilka kropli orzeźwiającego eliksiru. Żółw wyraźnie nabrał sił i bezpiecznie wrócił do wody.
Kiedyś u stóp Południowych Gór zastąpił mu drogę dziki tygrys, chwycił go zębami za kraj szaty i machając ogonem zdawał się o coś prosić.
- Co się stało? – zapytał lekarz. – Pokaż.
Tygrys szeroko rozwarł paszczę. W podniebieniu tkwił duży odłamek wołowej kości. Uformował się paskudny wrzód, który nie pozwalał zwierzęciu niczego przełykać. Lekarz ze zrozumieniem pokiwał głową. Zablokował paszczę żelaznym pierścieniem, ostrym nożem przeciął wrzód, wydobył kość i oczyścił ranę. Potem przyłożył na nią maść z krwawnika i rana zaraz się zabliźniła. Tygrys podskoczył z radości i pobiegł swoją drogą.
Innym razem spotkał starego ubogiego człowieka, który cierpiał na bóle brzucha. Dał mu gorzkich ziół, rozmasował bolące miejsce i choroba ustąpiła. Starzec kłaniał się, dziękował, a potem zamienił się w zielonego smoka i zniknął.
Pewnego razu znalazł na drodze ptaka, zupełnie wycieńczonego, z połamanym skrzydłem. Skrzydło złożył, unieruchomił, zrobił nakłucia, przyspieszające zrastanie się kości. Po chwili ptak pił już wodę i trzepotał wesoło skrzydłami. Gdy odfruwał, zamienił się w przepięknego czerwonego feniksa.
Od tego czasu tygrys i smok skrycie towarzyszyli lekarzowi. Jego przybycie poprzedzał feniks, a żółw osłaniał go z tyłu.
Pewnego razu zachorowała księżniczka. Cesarz natychmiast wezwał go do pałacu. Yung-Sang przybył niezwłocznie, ale młoda księżniczka była tak wstydliwa, że wzbraniała się podać mu rękę, by mógł zbadać puls. Lekarz powiedział więc: „Obwiążcie chorej na nadgarstkach każdej dłoni po trzy jedwabne nitki i podajcie mi je. Postaram się rozpoznać, z czego pochodzi choroba i czego brakuje księżniczce”.
Zrobiono tak, jak kazał, i zza parawanu podano mu sześć jedwabnych nitek. Lekarz długo sprawdzał każdą oddzielnie i w końcu orzekł, że księżniczka cierpi na melancholię. Dał jej środek na przeczyszczenie i choroba znikła jak ręką odjął. Na dworze zapanowała radość, a cesarz nie mógł się nachwalić kunsztu Yung-Sanga.
Na dworze cesarskim spotkał się z innym, bardzo słynnym lekarzem, Wu-Pengiem, który zazdrościł mu sławy i cesarskiego uznania. Yung-Sang gawędził z nim przyjaźnie, nie zważając na to, jak gniew i zazdrość narastają w tym drugim. Nagle rzekł ostrzegawczo: - Wnoszę z pańskiego wyglądu, zmarszczek na twarzy i złej żółci, która się w panu gromadzi, że jest pan ciężko chory. Radzę się tym zająć póki jeszcze czas.
Ale Wu-Peng uśmiechnął się drwiąco i powiedział obraźliwie:
- Czuję się wspaniale. Jestem zdrowy i rześki. Nic mi nie dolega. Cóż pan za głupstwa wygaduje, stary człowieku.
Nie minęło jednak kilka tygodni, a doznał uderzenia gorąca do głowy i umarł.
W pewnej wsi nad Rzeką Żółtą młoda kobieta umarła przy porodzie. Włożono ciało do trumny i gdy niesiono ją na miejsce pochówku, stary lekarz spotkał kondukt. Pytając, co się stało, spostrzegł, że z trumny kapią krople świeżej krwi. Zatrzymał kondukt i powiedział:
- Ta kobieta jeszcze nie umarła. Nieście ją prędko z powrotem. Trzeba jej pomóc
Usłuchano go i zaniesiono ciało do domu, a on ponakłuwał igłami jej ciało, rozciął brzuch i natychmiast przyszło na świat żywe dziecko. Cięcie szybko zaszył, posmarował wonnymi olejkami i przypalił moksą. Wtedy kobieta otworzyła oczy. Tak dzięki Yung-Sangowi matka i dziecko żyli.
Innym razem przechodząc niedaleko wsi, zobaczył leżącego na drodze człowieka, którego zagryzły wilki. Brzuch miał porozrywany i bez wnętrzności. Doskoczył do niego bezpański pies, żeby pożywić się resztkami. Lekarz zabił psa, wyjął mu serce i wątrobę, włożył do brzucha martwego człowieka, zaszył i przyłożył maść.
Po chwili człowiek ten ożył, wstał, rozejrzał się w około i powiedział do lekarza: - Byłem zmęczony i zasnąłem na chwilę, ale miałem przy sobie worek i pieniądze, dlaczego mi je ukradłeś?
Lekarz odpowiedział: - Nie wiesz co mówisz. Niemalże pożarły cię wilki. Ja uratowałem ci życie, a ty mi zarzucasz kradzież.
Ale człowiek ten nie chciał niczego słuchać i wrzeszcząc niemiłosiernie, zawlókł lekarza do sądu. Sędzia znał starego Yung-Sanga i jego mądrość, wiec kiedy usłyszał od niego co się stało, zganił bezczelność i chamstwo owego człowieka. Ten jednak podniósł jeszcze większy wrzask, tak że strażnikom sądowym nie udawało się go uspokoić. Wówczas lekarz dotknął go swoim tajemniczym pierścieniem i ten zaraz padł martwy na ziemię. Lekarz otworzył jego brzuch. Gdy obejrzano wnętrzności, sędzia mógł stwierdzić, że wewnątrz były rzeczywiście serce i wątroba psa.
Lekarz westchnął: - Nie mogę tylko odżałować psa, którego zabiłem. Będzie on jeszcze jednym ciężarem na moim sumieniu.
Jeden z Nieśmiertelnych powiedział bowiem kiedyś do niego: „Zrobiłeś i osiągnąłeś wiele, niosąc pomoc wszystkim ludziom we wszystkich chorobach. Ale w swoich metodach i lekach stosujesz zabite zwierzęta. Zabijanie zwierząt jest zaś grzechem. Dlatego osiągniesz nieśmiertelność, lecz dopiero wtedy, gdy pozbędziesz się ciała. Nie uda ci się unieść do nieba za życia”.
Od tego czasu lekarz używał tylko ziół i innych roślin do leczenia chorób, nigdy też nie uzdrawiał nikogo, gdy ktoś go o to nie poprosił.
W końcu sam wielki uzdrowiciel zachorował i umarł. Jego twarz po śmierci wcale się nie zmieniła, ale gdy składano go w trumnie, jego szaty były puste jak wylinka cykady.
Odtąd bywał czasami widzialny, czasami niewidzialny. Ostatni raz widziano go w górach, gdy spotkał pewnego dziesięcioletniego chłopca, który poświęcił się Buddzie. Zabrał go ze sobą do domu, potem wyjął z rękawa złoty proszek i wsypał do herbaty. Wypił trochę sam i dał do wypicia chłopcu. Chłopiec poszybował prosto do nieba i starzec razem z nim. Kiedy obejrzano później kubek do herbaty, okazało się że zamienił się w szczere złoto. Chłopiec wrócił i został kolejnym Dalej Lamą.



Zaczerpnięte z książki "Bajki Chińskie, czyli 108 opowieści dziwnej treści" Zbigniewa Królickiego


Yung-Sang czczony jest jako bóg medycyny, a jego świątynie można znaleźć jeszcze dziś. Jego wizerunkom towarzyszy zawsze żółw, tygrys, smok i feniks.




Powitanie! 2007-11-30


Witajcie Wszyscy Tuwchodzący!

Będę zamieszczał za zgodą Pana Zbigniewa Królickiego Jego opowiadania z książki "Bajki chińskie, czyli 108 opowieści dziwnej treści". Jak widać jest ich 108, zatem nie będę codziennie zamieszczał, bo po szybkim czasie [ok. pół roku] nie było by co wpisywać. Pan Zbigniew Królicki ostatnio pytany o ciąg dalszy, wykręcał się, że już nie będzie, lecz mniemam, że po "zapotrzebowaniu" na treści bajkowe i coś też podrzuci;-)

Dziś nie zamieszczę bajki, bo jest już pora późna, zatem może jutro;-)





Zobacz serwisy INTERIA.PL